W ogromnym hallu fabrycznym słychać było tylko mlaskanie języków i łomot serca pana Osiełka, który przyglądał się temu wszystkiemu przerażony.
Serca wycięte w nogach ławy napełniały się powoli niebieskim powietrzem wieczoru. Osiełek usuwał się coraz dalej i dalej, w mrok, nie chcąc być poznanym, i w końcu prześliznął się do sali poprzedniej.
Widział z dala głowy, pochylające się, to podnoszące, i krwistą od ognia bródkę mistrza Horacego. Potem ława odwróciła się w jego stronę, robotnicy potłukli stągiewki i pokazali na niego palcem, śpiewając:
— Myśmy wiedzieli, śliczny panie Porfirionie, o pańskiej obecności... aha, my wiemy o wszystkim.
Nagle wrzasnął pan Osiełek i czarne brwi podskoczyły mu do góry z przestrachu: bo robotnicy jeszcze raz wskazali na niego palcem, po czym, skłaniając ku sobie twarze w szklistym uśmiechu, odjęli sobie nosy i schowali je do tekturowych pudełeczek.
Osiełek drgnął i rzucił się pędem ku wyjściu; gmatwał się po korytarzach i salach, przewrócił się kilka razy, aż wreszcie wybiegł do bramy, gdzie z wykrzywionej rurki tryskał dychawiczny, gazowy płomień. Portier spojrzał na niego z pogardą, wykrzywiając ironicznie gębę pod adresem ręcznika na głowie:
— To ci dopiero maharadża155, phy!
Porfirion rwał naprzód jak rumaki Neptuna, wpadał na przechodniów, tratował małe dzieci; krew mu się puściła nosem.
Wreszcie po kwadransie biegu spadł jak meteor w zaułek, przylegający do placu Kuglarzy. Ukrył się w bramie jakiegoś domu, gdzie leżało pełno porozrzucanych skorup od jaj, i zaczął się uspokajać metodycznie; ale na próżno: ciągle, uparcie właziło mu w oczy sto pięćdziesiąt czarnych trykotów.
*