— O miasto dzieciobójców, astrologów i szarlatanów, o domie, wszeteczeństwa pełen, pozdrawiam cię pozdrowieniem trzykrotnym; o miasto kuglarzy, lunatyków i dziewczyn z pąsowymi wstążkami, śpiewam cię pieśnią pochwalną; o miasto duszonych noworodków, dziewic brzemiennych i świętokradców, przeklinam cię trzykrotnym przekleństwem. Selah170.
I przy ostatnich słowach Osiełek wstrząsnął ramionami. Ogniste miał palce od łuny bijącej stamtąd, gdzie płonął dom czarnoksiężnika Indiavolaty. Hildegarda patrzyła na Osiełka w zachwycie: tak pięknego nie widziała jeszcze.
Było prawie widno. Tańczyły nad miastem płomyki ognia, podobne strzępom purpury królewskiej, którą wściekły tłum podrze na rynku.
Osiełek usiadł, zdjął cylinder i głosem jednego z dwunastu paladynów171 zaproponował Hildegardzie partię szachów.
— Panie Osiełek, przecież nie mamy szachów.
— Nic nie szkodzi.
Przysunął policzek ku policzkowi Hildegardy. Zadrżała, poprawiając różową szarfę.
— Mamy szachy: oto wieża, pani jest królową, ja królem, a niebo...
Przygarnął ją mocno ku sobie.
Nie broniła się...