„I tak trwali”172 do świtu w blaskach dogorywającego domu, skamieniali i nieruchomi jak drewniane figurki.

Wisiał nad nimi księżyc z mosiądzu, odlany z polecenia burmistrza przez bardzo podłego rzeźbiarza i zawieszony na niebie natychmiast po wypadku, którego bohaterem był morderca z „Pod Karpia”.

Nie wiadomo, co działo się ze ślicznym panem Osiełkiem w czasach onych173, gdy wypełniały się dni174 i miał pojąć za żonę Epifanię zezowatą. Tylko czasem nocami widziano na murach miasta jakiś cień w cylindrze i płaszczu, wymachujący laską z fontaziem w dłoni o palcach smukłych, spektralnych175.

I stało się, że w noc, poprzedzającą zaślubiny, przechadzał się Osiełek tam i sam po placu Kuglarzy, niezupełnie trzeźwy, w cylindrze zesuniętym na tył głowy, i puszczał laską młynka zwanego „piekielnym”.

Wtem jęknął ktoś za nim i warknął przekleństwem tak strasznym, że zbledli nawet niektórzy członkowie Klubu Świętokradców, zgromadzeni dokoła buchającego ogniska. Znudzony Osiełek odwrócił się i ujrzał osobnika, który miał wygląd obłąkanego nędzarza i wściekliznę w zapijaczonych ślepiach. Na prawym policzku krwawiła pręga od laski pana Osiełka.

— Jak śmiałeś mnie uderzyć, niedonoszony bękarcie, pomiocie diabli i wszo centaura176! — wrzasnął nieznajomy.

— Czy pan chce, żebym pana spoliczkował?

Słowa te wyrzekł Osiełek, wspinając się na palcach i poprawiając cylinder. Nieznajomy człowiek, widocznie biedny jakiś włóczęga, miał na głowie łupinę od arbuza.

— Pan mnie spoliczkuje? Ja cię zabiję, rakarzu177, ścierwo przegniłe, napletku Apollina178, jeśli piśniesz jeszcze jedno słowo!

Tu jednak nie zdzierżył Osiełek i trzasnął w gębę impertynenta. Ubogi człowiek runął na kamienie, dysząc ciężko i rozgniatając łupinę od arbuza.