Strasznie wyglądał: wyleniały płaszcz, odznaczający się jakąś barwą chyba w tych czasach, kiedy jeszcze nie było ani placu Kuglarzy, ani Wieży Lunatyków, rozlewał się po członkach wychudłych, jak atrament do podpisywania wyroków śmierci. Szyję miał cienką i niezmiernie długą, na której końcu zwieszała się bezwładnie i bezsensownie głowa maleńka, łysa, kształtem czaszki świadcząca o zidioceniu przedwczesnym i kompletnym; twarz przecinał nos osadzony niesymetrycznie, zakrzywionym końcem sięgający górnej wargi. Spod płaszcza wyciekały nogi chude, niepotrzebne, okryte spodniami w czarno-białą kratkę.

Na nogach dźwigał pantofle; odwieczne jakieś, ponieważ na przyszwach rosły drzewne grzyby. I leżał tak z rozkrzyżowanymi ramionami; w pyle ulicznym; szamotały się palce krótkie, nieinteligentne, pełne plam atramentowych.

Znudzony Osiełek pochylił się nad nieznajomym i spostrzegł na bruku całą plikę179 rozsypanych kart. Podniósł, przydeptując niechcący brzuch omdlałego nieszczęśliwca. Nie karty, ale kolorowe obrazki; obrazki, o ile mógł wywnioskować przy niespokojnym świetle ogniska, wykonane czarnym i czerwonym tuszem chińskim. Przyjrzał się uważnie, rozszerzając oczy ze zdziwienia. Wypadła mu laska; czerwony fontaź — dyzenteryjna180 niteczka krwi w blasku ognia.

Osiełek rozłożył obrazki w kształcie wachlarza i patrzał: Na pierwszym zobaczył siebie w chwili, gdy kupuje trąbkę w sklepie Bogumiła Różdżki; Myrmidon był oddany wybornie z oczami nalanymi czerwonym tuszem; w kącie sklepu stała wiolonczela o czarnych, w dece181 wygiętych esach. Drugi rysunek wyobrażał salę tortur z czerwonym szefem policji i zapłakanymi oczami Softa. Na trzecim Osiełek ujrzał znowu siebie, gdy recytuje Homera przed Epifanią, na piersiach której polata motyl z czerwonej emalii.

Na innym była wystawiona uczta; nad głowami biesiadników bujał się kanarek tak szalenie, że klatka była wyrysowana dopiero na obrazku następnym, który bardzo udatnie wyobrażał gospodę „Pod Karpiem”. Osiełek pił wino z cynowego kubka, a na kubku grzmiał Sąd Ostateczny. Jedynie morderca z bandażem na gębie był wyrysowany kiepsko. Potem był dom burmistrza i lwy ulane z czarnego srebra; potem Osiełek uciekający przed Softem i cień jakiegoś czworonoga, kłapiącego wielkimi uszami na ścianie domu; a dalej straszliwa chwila, w której okazuje się naocznie, że kanapa pani Heksenszus konserwowała duszone bliźnięta. Następny obrazek wyobrażał pijaństwo zrozpaczonego Osiełka i tkliwe serca morderców, którzy płacą rachunki za ludzi melancholijnych; inny fabrykę sztucznych nosów i co z tego wynikło; jeszcze inny zgubny atak noktambulizmu z dopiskiem: „Św. Medard to blaga”. Potem następowała karta w całości zalana czerwonym tuszem i napis: „Pożar domu czarnoksiężnika Indiavolaty”. Dalej była Wieża Lunatyków oklejona portretami astrologa Wulkana i na jej szczycie Osiełek deklamujący; nad wieżą wykrzywiały się obrzydliwym charakterem wypisane słowa: „Partia szachów, całują się do siódmej rano”. Wyraz „szachów” był napisany ze zdecydowanym zapoznaniem182 ortografii. Przedostatni obrazek wystawiał183 Osiełka-zwierzę, trzymającego w mordzie laskę trzcinową o gałce na kształt osiełka z wyścibionym jęzorem.

Wreszcie na ostatnim obrazku leżał człowiek z rozpostartymi na bruku ramionami, łysy jak kurze jaje; po twarzy spływał mu nos długi, żałosny; chude ciało okrywał płaszcz barwy atramentu, którym podpisuje się wyroki śmierci; spod płaszcza wyciekały nogi chude, marionetkowe, niepotrzebne.

Osiełek wstrząsnął się z podziwu tak gwałtownie, że spadł mu cylinder i potoczył się w stronę rynsztoka: ostatni obrazek dawał najzupełniej wierny portret człowieka dyszącego na bruku; czerwony tusz pachniał gorzką, zepsutą krwią.

— Panie, cóż to znaczy, do ciężkiej cholery! — wrzasnął Osiełek, kopiąc nieznajomego w lędźwie.

Cisnął obrazki wściekły: śmignęły, załopotały na podobieństwo czarnych i czerwonych ptaków; pożar domu czarnoksiężnika Indiavolaty zafurczał nad ogniskiem świętokradców i spłonął.

Nieznajomy człowiek otworzył oczy wielkie, obrzękłe od alkoholu i smutku, spojrzał na Osiełka nieprzytomnie i ryknął strasznym, czarnym szlochem; trząsł mu się brzuch zapadły, aż rozpiął się płaszcz i wyjrzały strzępy koszuli i szelki nieprawdopodobnie zużyte, astralne184.