Świętokradcy zaprzestali swych machinacyj, patrząc na tę scenę w niemym podziwie; warczał ogień.
— O przebacz mi, śliczny, bardzo śliczny panie Osiełek, ja pana tak kocham!
— No to i cóż?
— Jak to cóż? Ja pana miłuję nad życie i nad miłość, i nad śmierć, i nad alkohol. O śliczny, bardzo śliczny panie Osiełek. Spłodziłem pana w noc bezsenną pod drzwiami knajpy, której właściciel miał serce niedobre i wyrzucił mnie jak psa — jak psa, panie Osiełek. Spłodziłem pana sam z sobą, czy pan to rozumie? O, jakiż ból musiałem uczuwać, gdy pan wychodził z moich biódr185 pulchny i śpiewający.
— Ależ, do ciężkiej cholery, cóż mnie to wszystko może obchodzić! Zresztą — mój ojciec Jan Jakub Osiełek spłodził mnie z matką i otruł się natychmiast, jak wiadomo, fioletowym inkaustem186.
— To nieprawda, niech pan w to nie wierzy, ja panu to mówię; pan jest moim synem niezaprzeczalnym, jedynym, ostatnim, śliczny, bardzo śliczny panie Osiełek. O, niech pan mną nie pogardza, ja pana tak kocham. Jeśli pan chce, będę panu pokazywał sztuki magiczne, to bardzo śmieszne. Mysz pod cylindrem, a później nie ma — co?
Osiełek patrzył z politowaniem na szlochającego człowieka, bijąc go laską w ciemię.
— Panie Osiełek, Porfirionku serdeczny, niech pan się na mnie nie gniewa, niech pan będzie dobry dla mnie, o tak!
Było to w momencie, gdy Osiełek lżej puknął laską.
— Ja bym dla pana wszystko, jak kobieta, ja żyję tylko dla pana. A chce pan, będę pana psem? Kupimy obrożę i będzie pan mnie prowadził na spacer do zielonego ogrodu; będę służył i będę szczekał... O tak, hau, hau!