Nieszczęśliwy maniak ryknął szlochem, przypominającym szczekanie buldoga.

— Puść mnie pan, do stu diabłów, jestem zajęty noktambulizmem i nie mam czasu na podobne historie. Zresztą wynajmij się pan do teatru, każ sobie mordę ogolić i przestań pan pić marne gatunki wódek; weź pan te ręce!

— O śliczny, nadzwyczajnie śliczny panie Osiełek, niech pan mnie nie odpycha, ja pana tak błagam. A może pan mną pogardza dlatego, że ja jestem autorem, a pan nie? Chce pan, to ja będę Osiełkiem, a pan autorem, zgoda? Nauczę pana, jak się rysuje tuszem, i będzie pan robił śliczne obrazki na tekturze od pudełek do czekolady; no, dobrze? O mój, mój Porfirion Osiełek false Hilarion Gaff. O, takie będzie pan robił obrazki... ale gdzie one są? Zapodziały się, pewnie w kieszeni; nie ma. Panie Osiełek, pan nie widział? Miałem tutaj, o, tutaj.

Maniak grzebał ręką w podartej kieszeni, wyrzucając skórki od chleba i kawałki zbutwiałych sznurków.

— Gdzie moje obrazki, oddajcie moje obrazki! Ja wiem, pan pewnie schował, tak dla żartu, a teraz mi pan odda, nieprawdaż?

Osiełek poprawił cylinder i krzyżując ramiona na piersiach, rzekł z wyrazem obojętnej pogardy:

— Wrzuciłem pańskie obrazki do błota.

Jak pasikonik skoczył do góry rzekomy ojciec, zakrzywił krótkie palce tuż nad oczami Osiełka; dyszał.

— Gdzie?

— Do błota.