Zatoczył osłupiałym wzrokiem podejrzany człowiek, zachrypiał głosem przypominającym skrzypienie suchej wierzby, potem zdjął płaszcz, odpiął spokojnie szelki i obwiesił się na nich na drzewie pewnym; „i rozpuknął się, i wnętrzności wypłynęły z niego”187.
Przyjechał zaraz galopem konny policjant, wytrysnął kitą ognistą hełmu i rzecze, wskazując na głowę wisielca, czerwoną od blasku, jak wielkanocne jaje:
— Ten kto?
Odpowiedział główny świętokradca:
— Lunatyk.
I oddał się machinacjom.
*
A nazajutrz (o słowo straszne nad wyraz!) wypełniły się dni i pan Osiełek zaślubił Epifanię zezowatą.
Uczta weselna odbyła się w domu Heksenszusów. Panna młoda z blaszaną lilią za gorsetem, w sukni białej ze sztucznego jedwabiu, w bluzce z błękitnego atłasu, wyglądała jak manekin krawcowej bez patentu; trzęsła się ze wzruszenia silnie, aż pękała czerwona emalia motyla-broszki. Osiełek siedział obok milczący, dostojny, blady; dźwigał na sobie granatowy frak, spodnie czarne-cmentarne, nie zdejmował przy stole rękawiczek; kamizelkę włożył białą, sztuczkową188, zapinaną na szklane guziki; mienił się półkoszulek z najlepszej kompozycji szwedzkiej, kupiony w pasażu Mendelsona 2,5 sest. za m. kw.
Kapitan huzarów śmierci przyszedł urżnięty, z orderem Trupiej Czaszki na bezczelnie wywatowanych piersiach; jeżył wąsy wyszwarcowane189, ostre jak gwoździe do trumny.