— Pani też powinna mieć maskę na twarzy, gdy go bierze na ręce! — odpowiadał Walicki, malując każde słowo czarną mazią.
— Słusznie — odpowiadała babka — ale do mnie już przywykł. Jak panu nie wstyd, aby tak wyglądać jak zmora? Czy to jest twarz? To jest katastrofa, a nie twarz ludzka. Przyjdzie pan jutro na obiad?
— Pójdę raczej na cmentarz, bo tam weselej. A co będzie na ten obiad?
Walicki przychodził i grywał z babcią w pikietę211. Było to przedstawienie, za które należało płacić wstęp.
— Pan albo szachruje — mówiła babcia — albo pan ma spółkę z diabłem, co wcale nie byłoby dziwne, gdyż posiada pan z nim rodzinne podobieństwo. Niech pan tak nie zgrzyta, bo mnie pan nie nastraszy. Ja się i diabła nie boję!
— Oczywiście! Ciocia nie boi się siostrzeńca! — ryczał aktor.
Basia odwiedzała starowinkę codziennie i musiała zdawać sumiennie sprawozdania z tego, co się dzieje w szkole. Pani Tańska słuchała zachłannie, cmokając z podziwu.
— Tego wszystkiego was uczą, Panie Święty? Ty to wszystko rozumiesz? I głowa cię od tego nie boli? Straszne rzeczy wyprawiają teraz z kobietami... Mnie tam tyle nie uczyli, a dałabym radę całemu światu. Starali mi się wytłumaczyć, że Ziemia jest kulista, ale powiem ci po cichu, że ja w to do dnia dzisiejszego nie wierzę. A co robi Tadzio?
— Krzyczy! — śmiała się Basia. — Krzyczy i ciągnie staruszka Kibica za imitację212 ogona.
— A co wujcio?