— A cała nasza klasa — mówiła w głębokim zaufaniu Basia — kocha się w wujaszku Olszowskim.

— Ho, ho! A ty w kim?

Basia zmieniła się w purpurową piwonię.

— Ja? — mówiła z niewinną minką. — Ja jeszcze dobrze nie wiem, bo nie jestem pewna. Nie mogę się zdecydować, bo ich jest dwóch...

— Dwóch? — z nagłym zainteresowaniem zapytała babcia. — Kręcisz w głowie dwóm od razu? Szalona dziewczyno!

— To nie ja im kręcę, to oni... Jeden, proszę babci, to jest Julek, który jest prawie że genialny, bo umie naprawić radio i elektryczne dzwonki, a drugi, Zygmunt, pisze wiersze. Wujcio czytał...

— I co powiedział, co powiedział?

— Trochę za surowo. Powiedział, że Zygmunt nie pisze poezji, tylko zawiązuje rymom kozie ogony. A to naprawdę śliczne wiersze... Śliczne! Wszystkie o mnie... Ja to babci mówię w wielkim zaufaniu... Niech babcia nic nie opowiada cioci, moja złocieńka...

— Nic nie powiem, ale dwóch to za wiele. Mogłabyś jednego odstąpić Marcysi, od której uciekł trzydziesty szósty narzeczony.

— E! Babcia żartuje, a mnie się serce krwawi. Babciu! Oni się nienawidzą! Z tego będzie jakieś nieszczęście! Julek, ten od radia, powiedział, że „z tego wierszoklety213” wypuści ducha. A musi babcia wiedzieć, że on jest strasznie silny, tymczasem Zygmunt jest bardzo delikatny, bo każdy poeta jest delikatny. Ja niedawno przez całą noc nie mogłam zmrużyć oka, bo dostałam od Julka list. Napisał do mnie: „Wybieraj, bo się czarna krew poleje!”.