— Wiem z waszego gadania, polegam jednak tylko na własnych sądach. Muszę się wreszcie zabrać do czytania jego książek. Ile tego jest?

— Czy ja wiem? Więcej niż dwadzieścia!

— Dwadzieścia? Nie dam rady. Ja jedną książkę czytam przez cały rok. Czy we wszystkich pisze o miłości?

— Oczywiście! O czym innym warto pisać?

Pan Olszowski pisał właśnie, ku strapionemu215 zdumieniu pani Tańskiej, dwudziestą pierwszą książkę. Czarne znaki liter, jak czarne motyle przylatujące nie wiadomo skąd, pokrywały gęsto białe kartki papieru. Basia oglądała własnymi, oczarowanymi oczami tajemniczy cud tworzenia. Z niczego powstawało coś, co żyje i nie przemija. Z pustki wyłaniali się żywi ludzie, mający serce i mózg, krew i namiętności. Od razu umieli mówić językiem wspaniałym i przeczystym. Kochali się lub walczyli ze sobą, odnosili zwycięstwa lub umierali. Pisarz przywoływał ich z jakiejś czeluści nocy, z jakiegoś odległego świata, jak czarnoksiężnik zwołuje zaklęciem geniusze216 i demony217. Czynił to zawsze w wielkiej ciszy i w skupieniu. Basia widziała nieraz przez niedomknięte drzwi Olszowskiego, pochylonego nad białą kartką papieru. Na czole miał pionową bruzdę, oczy jakby rozświetlone, a twarz jak gdyby cierpiącą. To zwoływanie duchów musiało być ciężką pracą, nadludzkim trudem, bo pisarz czasem westchnął tak ciężko, jak gdyby jęknął. Wtedy pani Olszowska kładła palec na usta, ostrzegając wszystkich, że muszą zachować ciszę. Te widma bezcielesne, które pan Olszowski oblekał w ciało, sprowadziwszy je na ziemię, musiały być płochliwe i lękały się krzyku.

Koleżanki Basi słuchały — z należytym podziwem — historii Basi o tym, jak i kiedy pisze znakomity autor. Musiała im więc opowiadać o wszystkim. Czyniła to z dumą, a o swoim uwielbianym wujaszku mówiła z tkliwością. Zdawało się jej, że i na nią pada jeden promyczek jego wielkiej sławy. Było jej niezmiernie miło, że każdego słowa o nim dziewczęta słuchają z wniebowziętymi minami. Trzeba się było jakoś odwdzięczyć.

Od pewnego czasu pan Olszowski, zasiadając do pisania, zaczynał je od wielkiej awantury.

— Gdzie, u licha, podziało się moje pióro?

Wiadomo, że żołnierz nie może strzelać, nie mając karabinu, a pisarz bez pióra nie może pisać samym palcem.

Zaczynało się poszukiwanie pióra.