— Może Tadzio gdzieś zapodział? — pytała pani Olszowska bez wiary we własne słowa.

— Tadzio na biurko nie wylezie! — wołał pan Olszowski.

Kucharka nie używała pióra, gdyż była niepiśmienna, a jej listy miłosne pisał pewien student z czwartego piętra.

— Może Kibic!... — nieśmiało podsunęła Basia.

— Kibic? Skąd Kibic? Czy pisze na starość wiersze?

Długo szukano wspaniałego narzędzia znakomitego pisarza, jednakże pióro zapadło się pod ziemię. I to nie raz — trzy nowe zapadły się po trzykroć. Jeszcze większym zdumieniem napełnił pana Olszowskiego gwałtowny ubytek czarnej krwi, którą ludzie pospolicie nazywają atramentem. Można było z małym prawdopodobieństwem oskarżać Kibica, mającego wrodzone złodziejskie instynkty218, o zagubienie piór, stanowczo jednak nie można było przypuścić, aby zachłannie i maniacko wypijał atrament. Psy miewają najdziwniejsze upodobania, nauka jednakże nie zanotowała tak pomylonego psa, by wypijał atrament.

— To zaczyna być niepojęte! — wołał pan Olszowski.

Od tej chwili atramentu ubywało tylko tyle, ile go zużywał na pisanie, natomiast rozpoczęły się dziwne historie innego rodzaju.

Zakłopotana pani Olszowska oznajmiła pewnego dnia, że w sposób niewytłumaczony zdematerializowało się219 czy przepadło z tego świata sześć kołnierzyków wielkiego pisarza numer czterdzieści jeden, z napisem Splendid220, a do tego zużytych, przygotowanych do wyprania. Kibic nie mógł być posądzony. Nie można też było podejrzewać o tę psotę mieszkańców rodzaju ludzkiego, na cóż bowiem przydałby się męski kołnierzyk Basi, Tadziowi czy wybornej kucharce?

— Może sam gdzieś zgubiłeś? — pytała beznadziejnie pani Olszowska.