Sławny pisarz oznajmił spokojnie, że może jest dziwakiem, nie ma jednak zwyczaju zdejmowania kołnierzyka na mieście i porzucania go na ulicy, tym bardziej — sześciokrotnie. Sprawa pozostała niewyjaśniona. Jak się to stało, nie wiedział nikt. Pan Olszowski machnął ręką, najpierw lewą na pióra i atrament, potem prawą na kołnierzyki, lecz niedługo potem chwycił się za głowę od razu ręką i lewą, i prawą.

— Na miłosierdzie boskie! — wołał potężnie. — Zginęło mi sześć kartek rękopisu!

Była to już sprawa gruba, rzec można „kryminalna”. Basia, powróciwszy ze szkoły, trafiła na trzęsienie ziemi i domu, który został wywrócony do góry nogami. Sześciu bezcennych kartek szukano nawet na lampie zwisającej u pułapu221. Właśnie toczyło się śledztwo. Ponieważ kucharka okazywała zawsze dla przedmiotów zapisanych lub zadrukowanych ponurą obojętność, wyciągnięto w tej chwili kosmatą duszę z jej ospałego ciała i wypytywano, czy małej cząstki twórczości znakomitego autora nie wykorzystała przypadkiem do prywatnego użytku, na przykład zakręcania bujnych włosów w kunsztowne222 esy-floresy? Ta szanowna osoba przysięgała na własną śmierć, że głupia by była, gdyby do tych zabiegów używała zapisanego papieru, mając do rozporządzenia czysty.

Pan Olszowski był bardzo smutny, a Basia dostrzegła z przerażeniem, że pani Olszowska ma łzy w oczach.

— Czy to wielka strata? — zapytała Basia cicho.

— Dziewczyno! — rzekła zapłakanym głosem pani Olszowska.— Wujaszek pracował nad tym prawie całą noc.

— O Boże! — jęknęła Basia. — To z nowej książki?

— Tak, z nowej...

Basia zamknęła się w swoim pokoju. Po dłuższej chwili weszła do gabinetu pana Olszowskiego, który wciąż jeszcze szukał, przewracając papiery. Stanęła przy drzwiach i powiedziała drżącym głosem:

— Niech wujcio nie szuka... Ja to jutro odniosę... Bo to ja zabrałam...