Pan Olszowski spojrzał na nią ze zdumieniem.

— Och, Basiu! — rzekł głosem boleśnie drżącym.

— Niech mnie wujcio zabije — mówiła Basia przez łzy. — Ale niech tak na mnie nie patrzy... Ja nie wiedziałam, że to z nowej książki... Ja bym nigdy... Myślałam, że już niepotrzebne... O wujciu, wujciu, jaka ja jestem nieszczęśliwa... Jutro odniosę! Przysięgam!

Pan Olszowski spojrzał na nią bystro.

— Chodź tu bliżej, moje dziecko! — rzekł miękko.

Basia szła machinalnie223, jakby nie wiedząc, że się porusza. Patrzyła w jego oczy z niewysłowionym lękiem. Była blada jak kartki z jego nowej książki. Zaczęła mówić urywanym, zwiotczałym od łez głosem:

— Ja zabrałam i te kartki, i pióra, i atrament, i kołnierzyki... Ja jestem podła... Że się nie przyznałam...

— Atrament zabrałaś i kołnierzyki? Na Boga Ojca! Na co ci są potrzebne moje kołnierzyki?

— Ja nie dla siebie... Wujaszku... Ja nie dla siebie... Ja cię tak kocham, że już nie wiem jak... Ale ja to wszystko dla szkoły...

Zdumiał się po raz drugi pan Olszowski. Podszedł do niej, objął serdecznie i posadził na krześle naprzeciwko siebie.