— Gadaj, Basiu, co i jak — rzekł łagodnie. — I nie płacz!
— Ja wcale nie płaczę... — mówiła Basia, oblewając łzami twarz, nos, dywan na podłodze i każde słowo. — Ja chcę umrzeć, bo jestem strasznie podła.
— Nie jesteś podła, tylko głupiutka. Co z tą szkołą?
— W szkole mam sześć przyjaciółek... Cała moja klasa kocha się w wujaszku, a te sześć najbardziej... Każda ma fotografię wujaszka, a jak są wujaszka imieniny, to ją stawiają wśród kwiatów i palą przed nią świeczkę.
— Nie może być! — zawołał uradowany pisarz.
— Słowo honoru daję! — rzekła Basia. — Tak strasznie wujaszka kochają, że już bardziej nie można... Więc ja im musiałam dać te pióra i ten atrament... Trzy dostały pióra, a trzy atrament...
— I co one z tym robią?
— Chowają na pamiątkę, a atrament jedna chciała wypić... Mówiła, że wojownik, który zje serce lwa, staje się nieustraszony. Jeżeli ona wypije ten atrament, to będzie tak pisała jak wujaszek... Taka głupia... A kołnierzyki wzięłam, bo dziewczyny mi nie dawały żyć... I koniecznie chciały, żeby były nieprane.
— I noszą je? — pytał pan Olszowski, czyniąc dziwne grymasy.
— Nie, bo za wielkie... A potem zaklęły mnie, abym przyniosła autograf224... Ja chciałam wziąć stare kartki, ale przez pomyłkę wzięłam nowe... O wujaszku, niech mnie wujaszek zabije! Nie jestem warta lepszego losu... A kartki jutro odniosę... Czy wujaszek mi przebaczy?