— Aha! To łatwo odgadnąć — śmiał się autor i wpisywał barwne zdanie.

Bystre oczy śledziły, czy następnej nie napisał mniej niż poprzedniej, ale był to mąż sprawiedliwy i nie pragnął niczyjej krzywdy.

— A co? — pytała rozjaśniona Basia w przedpokoju.

Na znak, że ludzkim głosem niepodobna wyrazić zachwytu, pół tuzina oczu wzniosło się ku pułapowi, nad którym wedle wszelkich obliczeń było niebo.

— W naszej szkole jest rewolucja! — oznajmiła Basia nazajutrz. — To się wszystko musi źle skończyć... Cała szkoła tutaj przyjdzie...

Wróżba Basi okazała się prawdziwa. Molestowano ją ze wszystkich stron, ale dziewczyna była jak skała. Sześciokrotna awantura była wystarczająca, tym bardziej że wzniosły i wspaniały pan Olszowski nie zażądał zwrotu kołnierzyków numer 41. Triumfatorki przechwalały się jednak ponad ludzką miarę, co wielce rozjątrzyło społeczność szkolną. Niektóre dziewczęta nie śmiały marzyć o wielkim szczęściu posiadania autografu, inne ukryły gorycz w sercu. Jedna tylko — panna Wanda — nie mogła usnąć. Była to śliczna dziewczyna o zielonych oczach. Wiedziała o swojej urodzie i obnosiła ją jak paw, ptak nadobny i nadobnie głupi. Uporczywie przynosiła Basi swój pamiętnik, oprawiony w safian230, i równie natarczywie prosiła o „protekcję”231.

— Nie mogę, Wandziu! — tłumaczyła się Basia. — Wujaszek jest dobry, lecz nie mogę nadużywać jego dobroci.

— A dla innych mogłaś to zrobić?

— Mogłam, ale wplątałam się w awanturę, a wujaszek...

— Więc nie weźmiesz mojego pamiętnika?