Walicki otworzył oczy szeroko i zawołał jasnym głosem:

— Przyjdzie? O przyjacielu... Szot, ja muszę się ogolić!

Nadobnie ogolony, z podnieceniem w oczach, oczekiwał jej nazajutrz od samego rana.

Basia zjawiła się po południu z bukiecikiem jesiennych fiołków, uroczysta i jakby trochę zalękła. Szot, czekający na nią przed bramą, rzekł smutno:

— Bardzo jest źle, ale proszę się uśmiechać...

— Ja nie mogę.

— Trzeba! Trzeba się uśmiechać.

— Dobrze! — powiedziała Basia.

Zmartwiała na krótką chwilę, ujrzawszy wujaszka Walickiego zamienionego w ponury cień, lecz gdy dostrzegła jego nieludzką radość, uśmiechnęła się rozrzewniająco. Chciał wyciągnąć ręce w jej stronę, ale nie mógł.

— Basiu! — szepnął. — Basieńko!