— Jak babcia może tak mówić?

— Mogę, bo sama znam taki wypadek. Gdy byłam młoda, zakochał się we mnie jeden brunet, na którego nie chciałam patrzeć, bo nie cierpię brunetów. Wtedy przysiągł, że tak długo będzie stał na jednej nodze przed moimi oknami, aż się nad nim zlituję. Stał tak przez pięć dni i przez pięć nocy! Jednego dnia na lewej, drugiego na prawej nodze. Cała okolica zjeżdżała się, aby zobaczyć wariata...

— I co, i co?

— I nic. Kiedy mnie tak wzruszył, że już, już chciałam za niego wyjść, ten drab stanął na obydwóch nogach i ożenił się z moją przyjaciółką, która płakała z rozczulenia nad jego poświęceniem.

Nazajutrz wybuchła awantura wśród chłopców, ponieważ wyborny poeta istotnie zemdlał w szkole i odwieziono go do domu. Na żadne pytania jednak nie odpowiadał i zacisnąwszy zęby, nie chciał jeść.

— Ja pójdę do jego rodziców i wszystko powiem! — oznajmiła Basia.

— Może tak będzie najlepiej — zgodziły się zalękłe dziewczęta.— Ale poczekaj do jutra... On się podda.

Zielonooka wtrąciła lekceważąco:

— Albo zmądrzeje!

— Poddał się Zygmunt! Zygmunt się poddał! — zakrzyknął następny dzień.