— Dzisiaj przyjeżdżają!

O, jakże inaczej wyglądał nieszczęśliwy człowiek, który jak widmo schodził z pokładu okrętu w Hawrze! Pan Olszowski patrzył z radosnym zdumieniem: z wagonu wyszedł wytworny dżentelmen376, tym różniący się od innych, że w spojrzeniu miał odrobinę obawy i nieśmiałości. Ujął mocno rękę Basi, jak gdyby bał się rozłączyć z nią choćby na chwilę.

Olszowski uścisnął jego dłoń i rzekł:

— Serdecznie pana witamy!

Bzowski spojrzał na Basię, jak gdyby oczekiwał od niej wskazówki, co ma uczynić.

— Ojczulku! — powiedziała Basia. — Ten pan to mój dobry wujaszek, który mnie wychował, a ta pani to jego żona. Ja ich bardzo kocham. Przywitaj ich gorąco!

Dziewczyna mówiła powoli, wyraźnie i dobitnie jak nauczycielka w szkole. Ojciec jak gdyby wpatrywał się w każde jej słowo i słuchał z natężoną uwagą.

— Rozumiem... Tak jest... — rzekł, wymawiając słowa z niejakim trudem.

Podał rękę Olszowskiemu, potem, uśmiechnąwszy się, pogładził zdumioną panią Olszowską po twarzy.

— Ciociu! — szepnęła Basia. — Ojciec zawsze tak mnie wita...