Bzowski, stanąwszy nieruchomo, przyglądał się z ciekawością gorącemu powitaniu Basi, uściskom i pocałunkom. Potem, na znak dany przez córkę, szedł spokojnie z całą gromadką. Rzucał szybkie spojrzenia na dworzec i okoliczne domy, marszcząc przy tym czoło.

— Och, jaki to piękny człowiek! — szepnęła pani Olszowska do swego męża.

— A Basia? — zapytał Olszowski gorąco. — Ale śpieszmy się, bo babcia wyskoczy przez okno.

Pani Tańska oczekiwała ich cała w ogniach, tak że mogła podpalić delikatne firanki. Ze dwadzieścia razy przesunęła na inne miejsce wazonik z kwiatami w pokoju Basi i spróbowała doświadczoną ręką sprężystości materaców.

Nareszcie przyszli.

Pani Tańska, na nikogo nie patrząc, nawet na tego „dzikusa”, przytuliła Basię do osiwiałego serca, po czym zaniosła się wielkim szlochem.

— Jesteś, jesteś, dziewczynko! — kapały z jej ust słowa oblane łzami. — Już myślałam... O niedobre dziecko!... Dziesięć razy mogłam umrzeć... Wyrosłaś, ale schudłaś... Odkarmię cię, jeśli Szot nie zje wszystkiego... Czemu płaczesz? Pokaż no mi swego tatusia!

Basia z oczami pełnymi łez ujęła ojca za rękę i przyprowadziła go do pani Tańskiej.

— To babcia, ojczulku... Babcia... Najlepsza na świecie.

— Rozumiem... Tak jest... — powiedział Bzowski i uśmiechnąwszy się, pogładził babcię po twarzy.