Nagle zamknął oczy i znowu je otworzył. Na jego czole znać było zmarszczony wysiłek, a w spojrzeniu — niepokój. Basi zdawało się, że bezgłośnym ruchem warg powtarza słowa: „profesor Somer”. Spojrzała na niego bacznie, on jednak, jak ktoś, komu się coś nie udało, uczynił niecierpliwy ruch ręką. Stał przez chwilę nieruchomo, spokojny jak zwykle; niespodziewanie jednak, jakby ożywiony i podniecony, zaczął nerwowo zmierzać ku drzwiom. Obejrzał się, czy Basia idzie za nim, i ku jej największemu zdumieniu zszedł szybko po schodach. Basia ujęła go pod rękę, wiodąc przez kilka ulic, profesor bowiem mieszkał niedaleko.

Jeszcze na schodach Bzowski zaczął okazywać nienaturalne podniecenie. Basię ogarnął lęk.

„Co to wszystko znaczy?” — pomyślała z drżeniem.

Opanowało ją jeszcze większe zdumienie, gdy ojciec sam zadzwonił i po otwarciu drzwi wszedł pewnie, zdecydowanym krokiem. Powiesił kapelusz na wieszaku i szybko skierował się w stronę pracowni uczonego. Pomieszczenie było puste, profesor Somer znajdował się w pokoju swego syna. Basia, pozostawiwszy ojca samego, pobiegła do Somera i zaczęła mówić szybko:

— Panie profesorze! Mój ojciec jest w pańskiej pracowni, lecz jego zachowanie jest dość niezwykłe.

— Spokojnie, dziewczyno, spokojnie!

— Wszedł tak pewnie...

— Wchodził tutaj codziennie przez trzy lata, gdyśmy pracowali razem nad wielkim atlasem — odrzekł profesor zamyślony.

— Chodźmy!

Drugie drzwi, wiodące do pracowni z wnętrza mieszkania, były otwarte. Profesor stanął przy nich nagle i gwałtownym ruchem zatrzymał Basię. Położył znacząco palec na ustach, nakazując ciszę.