— Ani słowa! — szepnął, nachyliwszy się ku niej. — Patrz!
Nieszczęśliwy człowiek, omotany mrokiem, stał na środku przestronnego pokoju, zawalonego książkami i mapami. Spoglądał dokoła siebie z wyrazem niezmiernego zdumienia i dotkliwej udręki. W oczach miał ból, jakby w senne źrenice wdzierało się przemocą jaskrawe światło słoneczne. Podniósł rękę i gwałtownie potarł nią czoło, jak gdyby chciał z niego usunąć jakiś gniotący je ciężar. Potem jęknął cichym, przejmującym, niemal zrozpaczonym głosem.
— O Boże! — szepnęła Basia.
— Cicho, cicho! — odszepnął profesor.
Bzowski poruszył się. Z szeroko otwartymi oczami zaczął zbliżać się ostrożnie, jak gdyby się skradał, do rozłożystego biurka, na którym rozpostarta była mapa. Przyjrzał się jej głodnym wzrokiem, potem dotknął ją ręką — miękko i pieszczotliwie.
— Uśmiecha się! — zdumiała się Basia.
— Poznaje... — szepnął profesor.
Bzowski podszedł tymczasem do biblioteki i drżącymi palcami począł dotykać grzbietów ogromnych tomów, stojących w nieruchomym szeregu jak grenadierzy. Nagłym ruchem zdjął z półki jedną z książek i jakby oszołomiony przyglądał się jej z natężoną uwagą. Potem zaczął przerzucać kartki prędko, prędko... Odłożył tom na właściwe miejsce i westchnął. Obiema rękami objął głowę, jak gdyby usiłował ją rozsadzić nagły ból.
— Jak on strasznie zbladł! — szepnęła Basia.
Profesor nie odpowiedział, tylko ścisnął mocno jej rękę. Był ogromnie poruszony. Coś rozważał z głębokim zastanowieniem. Patrzył uporczywym wzrokiem na znieruchomiałego Bzowskiego, na jego śmiertelnie bladą twarz i splecione na głowie ręce. Nagle powziął jakiś zamiar, bo sam pobladł, a jego usta drżały. Wszedł pewnym krokiem do pracowni i głosem, który był mieszaniną radości i drżącego lęku, zawołał: