— Jak się macie, panie Adamie.

Bzowski uczynił ruch tak gwałtowny jak człowiek trafiony kulą. Zachwiał się, uderzony tym głosem, i cofnąwszy się nagle, oparł się o bibliotekę. Dyszał tak, jakby ukończył długi bieg, który trwał przez całe lata — przez dziesięć kamienistych, krwawych i strasznych lat. Chwytał otwartymi ustami powietrze jak ktoś, kto wniósł na górę ogromny ciężar i teraz odpoczywa. Wydobył z gardła krótki, urywany krzyk i patrzył na profesora jak na widmo.

— Adasiu! — zawołał profesor tak przejmująco, z takim bólem, że zdawało się, jakby to słowo nalane było krwią.

Równocześnie wyciągnął ramiona, a Bzowski po błyskawicznej chwili wahania rzucił się w objęcia profesora. Siwy człowiek gładził go po głowie jak dziecko, jak ojciec pieści syna powracającego z obłędnej, śmiertelnej podróży. Całował tę nieszczęśliwą, bliznami pokrytą głowę, tulącą się do jego piersi.

Bzowski szlochał, targany głębokim spazmem383.

— Basiu! Oddaję ci ojca... — powiedział profesor dziwnym głosem.

14. Znowu zaczyna się wiosna

— Jeden wariat ozdrowiał — mówiła pani Tańska z goryczą — ale za to narodził się drugi.

— Kto taki? — pytał wesoło pan Olszowski. — Czy ja?

— Ty też jesteś kandydatem, ale jeszcze nie dojrzałeś. Najbliższą ofiarą jest Basia. Czy wy nie widzicie, co się dzieje z tą dziewczyną?