— Niech pan to powie jej, nie nam! — krzyknęła druga dama.
— Dlaczego pan zwraca się do nas?
— Mówię głośno i po polsku, a kto chce, niech słucha.
— Pan nie jest zbyt uprzejmy... Zresztą dość spojrzeć... Pan utopiłby to niewinne dziecko w łyżce wody.
— Trzeba było tę operację zrobić znacznie wcześniej, bo teraz już za późno. Chińczycy są mądrym narodem, bo topią dziewczęta zaraz po urodzeniu. Szkoda, że szanowne panie nie urodziły się przypadkiem w Chinach...
— Gbur38! — krzyknął kapelusz czerwony, który od nagłych wzruszeń wydawał się jeszcze czerwieńszy.
Kapelusz zielony nie rzekł ani słowa, lecz z lodowatą powagą, zacisnąwszy usta, chwycił Basię i posadził ją przy sobie. Basię bawiły serdecznie te niewinne przekomarzania się starych, więc uśmiechała się bez przerwy.
Ponury człowiek, uwolniony od wszelkich napaści, zgrzytnął raz jeszcze, ażeby mieć ostatnie słowo, i znowu wetknął nos w gazetę.
Ponieważ pociąg zatrzymał się na stacji i krzykliwe chłopaki, drąc się wniebogłosy, oznajmiały całemu jadącemu światu, że mogą mu zaoferować mleko, herbatę, pomarańcze i lemoniadę, czerwony kapelusz orzekł, że trzeba dziewczynkę napoić ciepłym mlekiem.
— Pij prędko! — rzekła dama.