— Chodź — szczebiotało dziecko, ująwszy go za rękę.

Tak go to zdumiało, że zapomniał wrzasnąć. W niebotycznym roztargnieniu zniósł ją w morderczych rękach z wagonu i postawił na ziemi.

Podróżni opuścili pociąg w pośpiechu, nikt jednak nie zdołał prześcignąć czerwonego i zielonego kapelusza, które gwałtownie zmierzały ku wyjściu.

Człowiek-potwór, trzymany za rękę przez Basię, począł szukać dookoła spojrzeniem tego kogoś, kto ma zabrać dziewczynkę. Dokoła było pusto. Ostatni podróżny podreptał, dźwigając ciężką walizę.

— Chodź — wołała Basia. — tu zimno!

— Poczekamy! — odpowiedział krokodyl. — Mnie zaczyna być gorąco.

Wrósł w ziemię i szukał oczami.

— Ha, ha! — zawył nagle. — Ładny bal!

Przechodzący urzędnik kolejowy spojrzał na niego z wesołym zaciekawieniem.

— Kto miał tutaj czekać na ciebie? — zapytał człowiek-straszydło.