— Basia.
— Ty... Ty... Basiu!
3. Polowanie na pana z ulicy Chmielnej49
Człowiek-upiór był zasadniczo człowiekiem nieszczęśliwym, a na dodatek aktorem w teatrze. Nic mu się w życiu nie udawało, co go nastroiło wojowniczo wobec całego świata, jak gdyby cały świat był temu winien. Dlatego stroił takie okropne miny — aby przerazić Europę i Amerykę. Całe szczęście, że ani Europa, ani Ameryka nie wiedziały o tym, że ściągnęły na siebie niechęć owego męża50. W teatrze też mu się nie wiodło; jego nieforemna postać nie nadawała się do ról znakomitych bohaterów, odznaczających się zawsze na scenie wspaniałością gestu i pięknem oblicza. Jedynie król Ryszard III51 w tragedii Shakespeare’a52 ma prawo nosić garb i chromać53 na jedną nogę — i w tej roli pan Walicki, gdyż tak brzmiało jego nazwisko, mógłby odnieść zwycięstwo, odmieniwszy cokolwiek swoją postać. Nigdy jednak nie dano mu jej odegrać. Powierzano mu role małe, ale należycie krwawe. Ponieważ miał w spojrzeniu śmierć, a głos wychodził z niego jak z grobu, grywał wszystkich opryszków54, zbójców, morderców i innych przeraźliwców. Wiadomo było powszechnie, że skoro Walicki ukaże się na scenie, musi się w sztuce zdarzyć nieszczęście i że będzie miał na koncie dwa lub trzy trupy. Jego słodkim i tajemnym marzeniem było odegranie postaci szlachetnej, nadobnie55 mówiącej wierszem, ale nie dożył tego. „Czyż pan zmysły postradał? — mówiono mu. — Z tą diabelską gębą chce pan grać anioła?”. Pan Walicki jęczał głucho i wychodził na scenę ze sztyletem lub trucizną, którą komuś wsypywał do napoju. Grywał w drugorzędnych teatrach, w srogich i krwią ociekających sztuczydłach56, lub wałęsał się po dalekiej prowincji. Historia teatru zanotuje jednakże jedną rolę, w której nikt go nie zdołał przewyższyć. Do tej roli pożyczano Walickiego do największych nawet teatrów, gdy grano wspaniałą i nieśmiertelną tragedię Shakespeare’a pod tytułem Hamlet57. Hamletowi w tym utworze ukazuje się duch jego zamordowanego ojca i przemawia do niego. Tego ducha odgrywał Walicki nieporównanie: wydawał z siebie głos tak ponury, tak czarny, tak grobem pachnący, tak przejmujący, że trwożny dreszcz przebiegał po słuchaczach. Zdarzyło się jednego razu, że stojący za kulisami58 strażak, usłyszawszy nagle obok siebie ten głos, zemdlał z przerażenia. Był to największy triumf w życiu Walickiego. Z lubością59 zatem używał tego śmiertelnego głosu i na codzienny użytek, co było z jego strony lekkomyślnością, gdyż trwożliwą kobietę lub dziecko mógł doprowadzić do konwulsji.
Powracał on właśnie z kilkudniowej wycieczki teatralnej, pozostawiwszy w małych miasteczkach po dwa, a w większych po trzy trupy, ale wielki sobie zyskał rozgłos, chociaż teatr zbankrutował. Walicki miał małe mieszkanko w Warszawie, zajmowane do spółki z młodym aktorem Szotem; był to aktor początkujący i grywał role niewymagające zbytniego wysiłku. Wchodził na scenę i mówił uroczyście: „Jaśnie panie, powóz zajechał!”. I to było zazwyczaj wszystko. Z wdziękiem też wnosił tacę z kieliszkami lub listem. Mówiono o nim, że nigdy nie wchodzi na scenę z próżnymi rękami. Walicki nigdy nie zgrzytał na niego zębami ani nie mordował go spojrzeniem. Szot bowiem był serdecznym, wesołym chłopcem, zawsze uśmiechniętym i zadowolonym z życia. Wierzył w swoją przyszłość i śmiał się, chociaż często był głodny.
Właśnie przyszywał sobie guzik do kamizelki, gdy usłyszał gwałtowne kopnięcie nogą w drzwi i rozpaczą wydęty głos Walickiego:
— Otwieraj!
— Otwórz sam! — odkrzyknął. — Drzwi nie są zamknięte!
Przyjaciel wrzasnął raz jeszcze okropnym basem60:
— Otwieraj, łotrze!