Szot mało sobie robił ze zbójeckich okrzyków, na moment jednak przestał szyć, bo inny głosik, cienki jak jedwabna nitka, powtórzył z piskiem:

— Otwieraj, łotrze!

Wiedział o tym, że Walicki potrafi swój głos, gruby jak lina okrętowa, zmienić w cienki sznurek, ale żeby aż do tego stopnia... Zaciekawiony otworzył drzwi i cofnął się o dwa kroki. Walicki patrzył na niego ponuro, a dziewczynka na jego ręku, we wszystkim go naśladująca, usiłowała też okrutną miną dać wyraz swojemu niezadowoleniu.

— Antoś! — krzyknął Szot. — Żebym tak zdrów był... Gdzieś to znalazł?

— W pociągu — odrzekł Walicki okopconym głosem. — Bierz ją!

Basia, ujrzawszy wyciągnięte po siebie ręce, otoczyła ramieniem szyję Walickiego, jako swego zaufanego opiekuna, zobowiązanego do obrony.

— Nie bój się — mówił aktor jako tako ludzkim głosem. — To dobry wujaszek.

— Dobry... — przyznała Basia i po krótkim wahaniu została przejęta przez Szota i postawiona ostrożnie na ziemi.

— Zmachałem się... — grzmiał Walicki. — Pędrak jest ciężki.

— Kto pędrak? — zapytała Basia.