— Kobieto, przestań i daj mi odpocząć! Zajmij się nią... Zaraz ci wszystko opowiem.

Wesoły Szot zdjął z Basi płaszczyk i posadził ją na krześle. Ujrzawszy zamazaną kartkę, roześmiał się głośno. Dziewczynki nie trzeba było namawiać dwa razy do śmiechu, więc w smętnym pokoju na trzecim piętrze zrobiło się dość wesoło.

Walicki opowiedział towarzyszowi o całej awanturze, rozdzielając zdania sapaniem, pomrukami, okrzykami i zgrzytaniem. Basia zaś pomagała z całej duszy.

— To strasznie wesoły berbeć! — rzekł Szot z serdecznym uznaniem, patrząc na pucołowatą, zarumienioną twarzyczkę. — A może głodna? Mam śledzie i odrobinę wódki. Nie rób takich min, bo przestraszysz dziecko!

— Ja? Przestraszyć? Zaraz ci pokażę.

Wybrał ze swego repertuaru61 taką minę, która poczciwemu człowiekowi mogła podnieść wszystkie włosy na głowie; wyszczerzył zęby, oczy skrzywił zezem i wydał z siebie pomruk rozsrożonego niedźwiedzia. Basia pisnęła z zachwytu i podskoczywszy, zbliżyła twarz do jego poczwarnego62 oblicza, udając, że go straszy.

— Widziałeś? Wcale się mnie nie boi — rzekł Walicki z żalem w głosie.

— Wcale się nie boję! — potwierdziła Basia.

— A kochasz tego pana? — zapytał Szot.

— Bardzo kocham! — ogłosiła z entuzjazmem.