Stary aktor usiłował spojrzeć na nią czule, ale nadaremnie czynił z gębą rozmaite sztuki. Zdawało się, że się zawstydził.
— Dziecko musi być zmęczone, niech się prześpi, a my pogadamy — powiedział cicho.
Zdjął nieszczęsną kartkę z jej szyi i razem z przyjacielem rozpoczął usilne namowy, aby wytłumaczyć dziewczynce, że przyzwoite, rozsądne osobistości w jej wieku powinny pokrzepić snem nadwątlone w podróży siły. Basia jednak starała się wytłumaczyć im na swój sposób, że poznawszy tak miłego młodzieńca, jakim jest pan Szot, nie myśli marnować czasu na sen. Ma być wielka, roześmiana zabawa i jakaś huczna awantura63, połączona ze skakaniem przez krzesła i łapaniem za nogę. Pan Szot, młodzieniec roześmiany i pełen ochoty do życia, wybornie się do tego nadaje.
— Widziałeś coś podobnego?! — krzyknął Walicki.
— Sam byłem taki! — zawołał Szot radośnie.
— Jaki byłeś? — zainteresowała się ciekawa dziewczynka.
— Basiu — rzekł Walicki, usiłując uczynić głos wielce przymilnym. — Czy pójdziesz spać, jeśli ci opowiem bajkę?
— Pójdę!
— No, to jazda!
— Miarkuj się — zaśmiał się Szot. — Przemawiasz do kobiety!