Walicki zabił go na krótki czas morderczym spojrzeniem i czym prędzej przygotował posłanie na ceratowej kanapie. Ułożył na niej dziewczynkę i rzekł:
— Śpij teraz spokojnie!
— A gdzie bajka? — zawołała Basia z rozżaleniem.
— Natychmiast opowiedz bajkę! — krzyknął Szot. — Nie wolno cyganić64!
— Dam ja ci bajkę, ty koniu! — zamruczał aktor. — Jaką chcesz bajkę, Basiu, wesołą czy smutną?
— I wesołą, i smutną!
Walicki zerkając w stronę przyjaciela, czy się z niego nie naigrawa65, zaczął opowiadać ni w pięć, ni w dziewięć. Przypomniawszy sobie co prędzej kilka bajek, pomieszał je jak groch z kapustą, pozszywał je niezręcznie i stworzył jakiś piekielny utwór, nadziany diabłami i gadającymi zwierzętami. Dziewczynka słuchała uważnie, wkrótce jednak jej wybitny umysł zrozumiał, że miły wujaszek szachruje66, a jej dobry smak okazał wyraźne zniechęcenie.
— E! Taka bajka... — powiedziała sennie.
— Śpi! — szepnął Szot. — Uważaj teraz, abyś nagle nie zazgrzytał.
— Powinienem ci kark skręcić — mówił Walicki, jak tylko umiał najciszej — bo mnie kompromitujesz przed dzieckiem, ale to sobie odłożę na później. Dawaj tę kartkę!