Basia spała, zarumieniona, z rozchylonymi ustami; krótkie jasne włosięta były w straszliwym nieładzie.
„Boże, jakie to śliczne!” — pomyślał stary aktor z rozrzewnieniem, patrząc na nią równocześnie zbójeckim wzrokiem. Myśli pana Walickiego były zupełnie inne niż jego okrutne spojrzenie.
— Nic z tego nie można odczytać — mówił cicho Szot. — Przynajmniej bardzo mało.
Pochylił się nad kartką pani doktorowej jak przyrodnicy nad mikroskopem.
— Same łzy! — mruknął aktor. — Ty masz lepsze oczy... Jaka to może być litera?
— W każdym razie wielka litera, bo i plama większa. Może to być „T”, może być „P”. Czekaj! To jest z całą pewnością „t”, małe „t”... Druga litera z rzędu. Przypuściwszy, że jest to imię tajemniczej osoby, należy pomyśleć, jakie imiona mają literę „t” — drugą z kolei.
— Wiem! — oznajmił Walicki zduszonym głosem. — „Ptolomeusz”67! To musi być chyba „Ptolomeusz”.
— Drugą literą w słowie „kretyn” jest „r”. Zapamiętaj to sobie, bo ci się to przyda do prywatnego użytku. Czyś ty upadł w młodości ze schodów na głowę? Skąd „Ptolomeusz”? Jaki „Ptolomeusz”?
— Słyszałem kiedyś o takim imieniu.
— Słyszałeś, kreaturo68, w teatrze o królewskiej dynastii egipskiej Ptolomeuszów.