— Do sklepiku nie pójdę! — oświadczył ponuro. — Mam tam zamazaną hipotekę73, za masło i herbatę.
— Słusznie. Ja też tam nie pójdę z tych samych powodów, ale na pierwszym piętrze mieszka dentysta.
— A czy to bezpiecznie pójść do dentysty? Ha! Czego człowiek nie zrobi dla dziecka...
Po chwili przyniósł opasłą księgę, którą zaczęli przeglądać z gorączkowym pośpiechem.
— Olszewskich jest około pięćdziesięciu płci obojga, ale żaden się nie nadaje. Jest nawet i Stanisław, ale nie mieszka przy Chmielnej. Całe jego szczęście... Policzymy Olszowskich. Anteczku, mam, mam!
— Trzymaj go! No i jakże?
Szot czytał: „Olszowski Stanisław, literat, ul. Chmielna 15”.
— Literat? — zdumiał się Walicki. — Ależ ja go znam! To znakomity pisarz, grałem w jego sztuce.
— To ten? Patrzcie, patrzcie! Taki głośny, taki sławny, a tak długo trzeba było go szukać. Rozumiem nawet i tę siódemkę; ta żyrafa nie jest wcale siódemką, lecz jedynką. Wszystko się doskonale zgadza, pierwszorzędnie się zgadza.
Walicki zazgrzytał zębami z wielkiej radości.