Jasno się zrobiło w życiu pana Olszowskiego. Zdawało mu się, że przez szarzyznę chmur przedarł się złoty promień słońca i lata po jego mieszkaniu. Jakoś mu się teraz lepiej pisało, śmiał się częściej, a tak serdecznie jak nigdy.

Basia siedziała właśnie na jego kolanach i jechała truchtem114 jak na koniu, gdy Michaś wychylił się zza drzwi.

— Czego chcesz, kreaturo? — zapytał go wesoło pan Olszowski. Michaś nie odpowiadał, lecz dawał jakieś nieme znaki.

— Basiu! Michałek stracił mowę! — zawołał autor.

Chłopak powtórzył swoje znaki i mrugnął znacząco.

„Co mu się stało?” — pomyślał pan Olszowski.

— Czego chcesz? — zapytał, wyszedłszy do niego.

Michaś był najwyraźniej poważny i drżącymi rękami podał mu gazetę, bez słowa pokazując w niej jakieś miejsce.

—To Basia! — szepnął zdumiony autor. — Co to jest?

Na fotograficznej odbitce Basia śmiała się śmiechem „z całego serca”, a pod zdjęciem gruby druk wołał czarnym głosem: