Zupełnie inaczej działo się, gdy staruszka zjadała w chananejskiej117 obfitości potrawy zbyt zawiesiste, pieprzne i korzenne.

— Przecież babcia ma już siedemdziesiąt lat! — wołano ze zgrozą.

— No i co z tego? — wołała obrażona. — Czyż to taki wiek, aby nie można zjeść kawałka baraniny?

Trudno było dogadać się z panią Tańską, „Latającym Holendrem”118, bo ona zawsze miała rację i siedemdziesiąt lat, które wysuwała jak kolce.

Właśnie rozmyślała płocho119 i powiewnie nad tym, dokąd pobiec w jakiejś urojonej sprawie, gdy weszła Marcysia, jedna z najbardziej wymownych osobistości ostatniego stulecia.

— Proszę starszej pani, list przynieśli.

— Jaki list?

— Polecony, do panienki. Już pokwitowałam...

Babka zerwała się z fotela sprężystym ruchem kangura.

— Po coś to brała? Kto wie, co to za list? Może, nie daj Boże, z sądu?