— Żona jakiegoś lekarza... Natalia Budziszowa... List pisze jej mąż.
— Natalia Budziszowa ma rozum w niezupełnym porządku, skoro dziecko wysyła bez opieki. Adres jej jest?
— Jest...
— Piszmy do Natalii Budziszowej. Niech tu natychmiast przyjedzie. Można by zadepeszować, ale jeszcze się przerazi depeszy. A zresztą, pal ją licho! Niech się przerazi. Marcysia! Biegnij na pocztę i powiedz, że to musi być na jednej nodze... Jeszcze nie wszystko stracone. Chociaż mam siedemdziesiąt lat, jeszcze dam radę. Pisz depeszę!
Pani Stanisława, przejęta energią babki, rozgorączkowana i załzawiona, od razu zebrała całą odwagę. Napisała: „PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE TRAGICZNE NIEPOROZUMIENIE PRZYSŁANE DZIECKO PRZEPADŁO”. Sama pobiegła na pocztę.
Do późnej nocy pani Tańska omawiała to okropne zdarzenie.
— Musieli pisać w gazetach o tym wypadku, ale ja przez miesiąc rzadko je czytałam. Babcia nie czytała?
— Przecież ja mam siedemdziesiąt lat... — odparła babka. — Ani nie czytałam, ani nie słyszałam. Powiedz mi jednak, jak to się mogło stać, że dziewczynki nikt do mnie nie przyprowadził! Ten doktor pisze, że jego żona zawiesiła na jej szyi dokładny adres. Czy dziecko zgubiło karteczkę? A gdzie jest ojciec dziewczynki?
— To i o tym babcia nie słyszała? Opowiadałam babci...
— Przecież ja mam siedemdziesiąt... Zresztą wszystko jedno. Gdzie on jest?