— Mąż Helenki był znanym uczonym i wyjechał do jakiejś puszczy w Ameryce Południowej.
— Po co go aż tam zaniosło?
— Trzech ich pojechało na badania, nie wiem dobrze jakie. I o wszystkich trzech słuch zaginął.
— Zginęli?
— Nikt tego nie wie, lecz powszechnie utrzymuje się, że zginęli. Helenka nigdy nie mogła w to uwierzyć... Mieszkała w Gdyni132 i wciąż oczekiwała powrotu męża. Skąd się znalazła na tej stacji, na której ją spotkało nieszczęście, dokąd jechała, o tym wszystkim się dowiemy. A dziecko...
— Nie płacz!
— Muszę płakać. Biedna kobieta miała mnie jedną na świecie, nikogo poza tym — ani rodziców, ani krewnych. Podobno są jacyś, ale we Francji, bo jej matka była Francuzką. O babciu, babciu, jakie to wszystko straszne! Biedna! Biedna Basieńka!
— To dziecko ma na imię Basia? Tak jak ja... — mruknęła pani Tańska. — Może Bóg da, że ją znajdziemy.
Zdaje się, że zrozpaczona pani Tańska musiała się o to modlić długo w nocy, gdyż słychać było jej szepczący głos.
Nazajutrz, około południa, wpadła do jej mieszkania trąba powietrzna.