— Niech panie dadzą spokój tym latom — mówiła panna Stanisława. — Radźmy, co robić, aby odnaleźć dziecko. Co pani napisała na kartce?

— To, co mój mąż zanotował: „Do panny Stanisławy Olszańskiej, Warszawa, ulica Zielna134 15”. Wprawdzie mój mąż napisał potem na swojej notatce receptę jakiemuś bałwanowi, ale ja miałam ten adres wyryty w duszy. Czy się zgadza?

— Wszystko się zgadza, a dziewczynki nie ma.

— Ktoś ją porwał, nic innego, tylko ktoś ją porwał.

— Cyganie135... — podszepnęła babka.

— Jacy Cyganie? Porwał ją ktoś na dworcu albo na ulicy, albo... Czekajcie! W przedziale siedział taki jeden, co trochę wyglądał na zbója. Były tam dwie bardzo przyzwoite panie i on. Musiałam stracić rozum, że tego nie zauważyłam od razu! Albo kat, albo morderca...

— Ja myślę — mówiła panna Stanisława — że dziewczynka wyszła na ulicę, ktoś się nią zajął i teraz sam nie wie, co z nią począć. Chociaż i w to trudno uwierzyć, gdyż albo dałby znać policji, albo ogłosił w gazetach.

Czyniono wszystkie prawdopodobne przypuszczenia i rozważano setki możliwości. Po dręczącej, kilkugodzinnej naradzie uchwalono: ogłosić w gazetach wiadomość o dziwnej zgubie i dołączyć do informacji zdjęcie Basi.

— Dziecko moje... — szepnęła pani Budziszowa, patrząc na fotografię.

Pani Tańska i jej wnuczka milczały, bardzo wzruszone.