Już nazajutrz przyleciała pierwsza jaskółka, dama w czerwonym kapeluszu, i opowiedziała ponurą historię o jakimś Herodzie, który głośno zgrzytał zębami i naigrawał się z czegoś.
— I pani pozwoliła mu zabrać dziecko? — zapytała stalowym głosem pani Budziszowa.
— Któż mógł wiedzieć, co się stanie? — odparł czerwony kapelusz. — Przecież pani powiedziała osobiście i wyraźnie, że na dworcu zgłosi się ktoś po dziewczynkę.
Pani doktorowa spojrzała na nią spode łba.
— I cóż z tego? Pani jest kobietą czy pani nią nie jest?
— Jak pani widzi! Wąsów nie mam...
— Więc mogła pani lepiej pilnować dziecka, kierując się matczynym uczuciem! Zresztą nie ma o czym mówić... Poznałaby pani tego łotra?
— W każdej chwili. Takiej złodziejskiej gęby zapomnieć nie można...
— Znajdziemy go! — krzyknęła doktorowa, potrząsając słowami jak ciężkimi kajdankami.
Kapelusz zielony, który przybiegł w dwie godziny później, potwierdził sprawozdanie czerwonego i obiecał, że po schwytaniu porywacza dzieci zgłosi się natychmiast jako świadek wyrafinowanej zbrodni.