Cała sztuka w tym, aby schwytać zbrodniarza. Jednak powiadomione o wszystkim władze nie mogły sobie przypomnieć jego istnienia. Zdjęcia jego twarzy nie było w zbiorze podobizn słynnych przestępców. Trzeba było szukać na własną rękę. Babka Barbara ułożyła plan, a panna Stasia i doktorowa przebiegały miasto we wszystkich kierunkach. Panna Stanisława nie widziała nigdy zbójcy, więc w roli adiutantów136 krążyły z nią po mieście oba kolorowe kapelusze. Rozsrożone panie przeszukiwały ogrody i parki, zaglądając w twarz każdej dziewczynce, i odwiedziły wszystkie przytułki dla dzieci. Nigdzie nie było śladu Basi.

Pani doktorowa, odbywając w pojedynkę łowy na grubego zwierza i mało mając nadziei na spotkanie dziewczynki, patrzyła bystrym, choć czarnym wzrokiem we wszystkie męskie twarze. Cofał się niejeden mąż, nagle zalękły, poczuwszy na sobie ciężkie spojrzenie nieznajomej damy. Inni okazywali wielkie zdumienie, widząc, że ta, obejrzawszy ich uważnie, odchodziła z gniewem i z niedźwiedzim pomrukiem. Doktorowej przyszło na myśl, że może szuka nadaremnie, gdyż człowiek z twarzą zbrodniarza musiał zapewne już zostać powieszony albo zamknięty w więzieniu. Ożywiła ją resztka nadziei, że ze straszliwą chytrością ocyganił sprawiedliwość i że się sprytnie ukrywa.

Jednak pewnego dnia serce w niej na moment zamarło, a radość odjęła jej mowę — ale też na bardzo krótko. Na przystanku tramwajowym, w pełnym świetle słońca, obrażając świat swoim widokiem, stał zbrodniarz. Pani doktorowa, uciszywszy rozdygotane serce, zaczęła skradać się ku niemu ruchami pantery. Jednym skokiem znalazła się tuż obok, chwyciła go za kołnierz i rozdzierającym głosem zaczęła krzyczeć:

— Ratunku! Na pomoc! Ratunku!

Zdumieli się dobrzy ludzie, nie mogąc pojąć, dlaczego woła o ratunek ktoś, kto nie jest napastowany. Zrobiło się zbiegowisko i patrzyło z przejęciem na ponurą twarz człowieka, który — niebotycznie zdumiony — usiłował wydobyć się z drapieżnych szponów.

— Czego pani chce ode mnie? — ryknął wreszcie pan Antoni Walicki.

— Dziecko! Gdzie jest dziecko? Gadaj pan natychmiast albo pana uduszę! — z krzykliwym, lecz głębokim przekonaniem zagroziła mu doktorowa.

— Zamordował dziecko... Dziecko zamordował... — zaszemrało zbiegowisko.

— Z gęby widać, że to morderca!

— Policja! Policja!