— Gdzie dziecko? — zduszonym głosem pytała pani Budziszowa.
Biedny aktor, widząc, że zanim zdoła wyjaśnić całą historię, zostanie ciężko pobity przez tłum, mówił szybko:
— Dziecko jest zdrowe i bezpieczne... Niech pani nie robi awantur, to powiem... Chodźmy stąd!
Pani Budziszowa, zastanowiwszy się, rzekła:
— Dobrze!... Niech pan nie próbuje uciekać!... Trzymam pana za rękaw!
Aktor opuścił czym prędzej gorące miejsce, ciągnąc za sobą wczepioną w jego rękaw doktorową. Zatrzymała ona przejeżdżające auto i wtłoczyła w nie Walickiego jak pakunek.
— Dokąd mnie pani wiezie? — zapytał ze zgrzytaniem.
— To nie pańska sprawa!
Po niejakim czasie pan Walicki został postawiony przed sądem, któremu przewodniczyła babka. Panna Stanisława patrzyła na niego ze strachem, oba kapelusze z abominacją137 i ze zwycięskim uśmiechem. Doktorowa była prokuratorem.
Rozprawa trwała krótko. Pan Walicki miał przez chwilę wrażenie, że znajduje się na scenie naprzeciw licznych widzów. Zabił spojrzeniem dwa kapelusze, na babkę zerknął ciekawie, na pannę Stanisławę z wielką sympatią, a czarnym wzrokiem na Budziszową. Objaśniony jej suchym jak pieprz głosem, dlaczego został wzięty w jasyr138, opowiedział o wszystkim.