— Te panie — mówił, wskazując lewym okiem na kapelusz czerwony, a prawym na zielony — pozostawiły dziecko bez opieki, więc ja się nim zająłem.
— Ach, to tak? — rzekła Budziszowa głucho.
— To nieporozumienie! — szepnęły boleśnie kapelusze.
— Panie zapewne są bardzo zajęte — wtrąciła babka. — Dziękuję paniom za pomoc w poszukiwaniach, ale nie możemy jej nadużywać. Żegnam panie!
Oba kapelusze wycofały się, uśmiechając się lekceważąco.
— Pani doskonale grałaby stare hrabiny! — rzekł z uznaniem Walicki.
Babcia usiłowała zarumienić się z wielkiego ukontentowania139 i skromnie przymknęła oczęta.
— Gadaj pan dalej! — krzyknęła Budziszowa.
Walicki barwnie wygłosił wielką opowieść o mleku i zamazanym adresie, o przenikliwych poszukiwaniach i o nieporównanej bystrości swego przyjaciela.
— Odczytaliśmy adres z największym trudem, bo zostało z niego zaledwie kilka liter. Muszą panie przyznać, że w pewnym sensie mój przyjaciel jest geniuszem.