— Pański przyjaciel jest kretynem — poprawiła Budziszowa. — Narobiliście bigosu140, jakiego świat nie widział. Kto to jest ten pan Olszowski?

— Gdyby pani znała literaturę ojczystą — odrzekł Walicki twardo i hardo141 — wiedziałaby pani, że to znakomity autor. Trudno jednakże żądać od kogoś, kto pisze ważne dokumenty ołówkiem chemicznym...

Na szczęście babka wdała się w tę sprawę i ugasiła pożar.

— Panie drogi! — rzekła. — Jest pan zacnym człowiekiem, chociaż stroi pan takie miny, jak gdyby pan zjadał dzieci na surowo. Zrobiło się trochę zamieszania, ale nie pan jest temu winien... Wszyscy jesteśmy winni, pan najmniej. Dziecko odbierzemy, a pan nas czasem odwiedzi, aby zobaczyć Basię. Nawet dzisiaj zostanie pan na obiedzie... Dobrze?

— Zależy, jaki obiad — odrzekł aktor ponuro. — Ja lubię jeść tłusto. I w spokoju! — dodał groźnie, spojrzawszy na doktorową.

Pani Budziszowa jednak była tak szczęśliwa, że aż osłabła. Usiłowała nawet uśmiechnąć się do Walickiego.

— Kto by to pomyślał! — rzekła z łagodnym uznaniem. — Gęba złodziejska, a serce dobre!

— Pan mi się bardzo podoba! — rzekła babka szybko, usłyszawszy lekkie zgrzytanie zębów.

Walicki spojrzał na nią podejrzliwie i zapytał niespodziewanie:

— Czy to obelga142, szanowna pani?