— Przez ciebie — mówił — omal nie skręcono mi karku. Przez ciebie stałem się pośmiewiskiem narodów. Przez ciebie zostałem sponiewierany. Ty marny Sherlocku Holmesie145, ty detektywie od czternastu boleści146, ty zakuta pało!

— Ha! — krzyknął w całym znaczeniu tego słowa zdumiony przyjaciel.

— Słusznie wstyd pali twoją bałwaniastą duszę. Coś ty odczytał na kartce?

— To, co na niej było napisane — odrzekł Szot zuchwale. — „Stanisław Olszowski, Chmielna 15”.

— Przeczytałeś: Stanisław? A wiesz, co to było, mandrylu147 afrykański? Tam było napisane: „Stanisławy”.

— Czy to być może?

— Teraz dalej. Przeczytałeś: Olszowski. Wtedy zapytałem się ciebie roztropnie, czy nie ma tam jeszcze czegoś po „i”? Dwa razy pytałem...

— Nieprawda! Tylko raz...

— Powiedziałeś, że niczego nie ma, a tam coś było. Były dwie litery: „ej”. Razem: „Do panny Stanisławy Olszańskiej”. Zniekształciłeś podstępnie piękną i miłą kobietę. A ulica wcale nie była „Chmielna”, tylko „Zielna”. Na kolana, magocie148 amerykański, i skomlij o przebaczenie.

— A to ci heca! — zdumiał się Szot.