Szot zakręcił się na pięcie i przepadł.

Łatwiej było dostać się do oblężonej twierdzy niż do mieszkania Olszowskiego. Bramy strzegła Walentowa. Jeden rzut oka na tę rycerską postać wzbudziłby śmiałą myśl w każdym historyku, że Troja151 nie zostałaby zburzona, gdyby zamiast starożytnych bohaterów strzegła jej bram zawzięta, stuoka152 pani Walentowa. Mucha nie mogła przelecieć niezauważona. Dzielna kobieta spoglądała podejrzliwie nawet na listonosza, wietrząc, czy nie jest on chytrze przebranym napastnikiem. Nic dziwnego zatem, że Szota przyjęła spojrzeniem tak parzącym jak pokrzywa; dopiero gdy ten przysiągł, że jest sprzymierzeńcem i nadciąga z pomocą, Walentowa po porozumieniu się z panem Olszowskim wpuściła go niechętnie do twierdzy.

— Przyjdą niedługo! — szepnął Szot panu Olszowskiemu.

Wyjaśnił mu, jak z „panny Olszańskiej” wykoncypował153 błędnie „pana Olszowskiego”, i zapowiedział najście pani Tańskiej i pani Budziszowej.

— To wszystko nic mnie nie obchodzi! — rzekł w podnieceniu pan Olszowski. — Niech udowodnią, że na kartce napisany był adres tamtej pani.

— Doktorowa potwierdzi — zauważył Szot.

Olszowski wiedział, że jego prawa do dziecka, oparte na pomyłce, są żadne. Rozum mówił mu roztropnie, że nie ma rady i że Basię trzeba będzie oddać, lecz serce buntowało się gwałtownie. W sercu tym Basia rozparła się w pełnej chwale. Olszowski przylgnął do złotej dziewczynki i drżał na myśl, że mu ją odbiorą.

— Basia jest zupełną sierotą — pocieszał się skwapliwie — a ta jakaś panna Stanisława Olszańska nie jest krewną. Nie posiada żadnych praw do dziewczynki... Wprawdzie matka Basi ją prosiła o opiekę, ale tak twierdzi jedynie pani doktorowa... Nie ma żadnego dokumentu, stwierdzającego to ponad wszelką wątpliwość. Ho, ho! To tak łatwo nie pójdzie! Będę walczył... Będę walczył! — krzyknął głośno, spojrzawszy na Basię, rozbawioną i szczęśliwą.

Dziewczynka czuła się w tym domu jak w siódmym niebie. Opiekowano się nią jak królewną, wszystko było na jej zawołanie. Znoszono jej lalki i książeczki z obrazkami, słodycze i fatałaszki. Jej najbardziej fantastyczne rozkazy spełniano z radością. Ponieważ wyraziła głośne i namiętne uznanie jakiemuś kundlowi widzianemu na ulicy, już nazajutrz kupił jej wujcio pieska, małego foksteriera, noszącego dziwaczne imię Kibic. Było to indywiduum154 zmyślne i dotknięte obłędem radości. Już w wieku ośmiu miesięcy zdradzał niepospolity spryt urwipołcia. Czarnymi paciorkami mądrych ślepiów spenetrował od razu wszystko i znał wybornie sztukę wykradania rzeczy smakowitych. Kierując się wielką przemyślnością, pojął bez dłuższych namysłów, że jedyną istotą ważną w tym domu jest Basia; że pan Olszowski jest u niej pod pantoflem155, a z Michałkiem bardzo liczyć się nie trzeba. Wobec tego Basi „przysiągł miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic”, poza tym gotowość stoczenia w jej obronie walki na śmierć i życie z najpotężniejszym wrogiem. Ponieważ żaden potężny wróg dotąd się nie zjawił, Kibic zaprawiał swego rycerskiego ducha we wrzaskliwym oszczekiwaniu szafy i pieca, dwóch nieczułych bałwanów. Na każdy odgłos jeżył włosy na karku, aby w ten sposób przerazić cały świat. Nie robiło to najmniejszego wrażenia na Basi, która tego straszliwca miętosiła na wszelkie możliwe sposoby, jej jednak wolno było wszystko. Na jej cześć Kibic wywijał czasem wspaniały „taniec ogona”, który polegał na zawrotnym kręceniu się w kółko i chwytaniu zębami tej krótko obciętej psiej ozdoby. Wrzask psiaka i obłąkane, radosne okrzyki Basi tworzyły orkiestrę wręcz jerychońską156, gdyż mury drżały. Kibic wałęsał się za dziewczynką jak cień; w metodzie tej było wiele miłości, ale i wiele sprytnego wyrachowania, dość często bowiem zdarzało się, ze Basia miała w rączce czekoladę. Po krótkiej chwili Kibic umiał ją wycyganić w sposób oburzający. Był to wyjątkowy obwieś157 i zapowiadało się, że w najbliższej przyszłości wyrośnie na zbrodniczą znakomitość. Tymczasem wprawiał się w swoim rzemiośle, rozdzierając puchowe poduszki i gryząc dywany oraz pantofle. Sprawiedliwie należy przyznać, że lalki Basi tarmosił na jej wyraźne żądanie, oboje bowiem chcieli dojść koniecznie, co każda z nich ukrywa w swoim wnętrzu. Każda cierpiała też na „rozdarcie brzucha”.

Szczęście Basi było w tych warunkach całkowite i doskonałe. Dzień był pełen śmiechu i radości, a kończył się długą i bardzo złożoną ceremonią udawania się na spoczynek. Tylko wujcio posiadał przywilej układania księżniczki do snu. Musiał siedzieć przy niej i trzymać jej rączki w swojej ręce, przemawiając pieszczotliwie i obiecując na następny dzień niezmierne, dotąd nie widziane, rozkoszne awantury. Gdy Basia łaskawie usnęła, pan Olszowski odchodził na palcach, a na straży pozostawał Kibic, gotów do zrobienia piekielnego hałasu, gdyby ktoś zbliżył się do najjaśniejszej panny Barbary.