W niezmąconą, jasną pogodę tego żywota musiało wkraść się coś chmurnego, gdyż wujcio Olszowski od kilku dni stracił ochotę do zabawy. Michałek siedzi cicho, w kuchni też jest jakoś dziwnie. Jeden Kibic machnął krótkim ogonkiem na wszystkie tajemnicze sprawy tego świata i wśród namiętnej żądzy przygód, oszalały wiercipięta, umoczył nosek w kałamarzu158 pana Olszowskiego, co Basię doprowadziło do „pękania ze śmiechu”.
Zdumiona jest cokolwiek, że wujcio nie zdradza ochoty do takiej samej reakcji. Przyszedł do niego jakiś pan, którego sobie Basia mętnie przypomina, i obaj bardzo żywo o czymś rozprawiają. Ponieważ jest to grubym nietaktem z ich strony, więc Basia usiłuje się obrazić, a Kibic wrzaskliwie daje wszystkim obecnym do zrozumienia, że nie należy tajemniczo szeptać, skoro w towarzystwie znajduje się dama.
Nagle pan Olszowski chwyta Basię, podnosi ją w górę i tuli w ramionach.
— Basieńko! — rzekł. — Czy bardzo kochasz wujcia?
Czułe serce Basi nie umie chować w sobie zawziętości, więc dziewczynka przytuliła się do swojego najukochańszego wujcia i tak go ściskała, tak ściskała, że temu dorosłemu panu wycisnęła jakąś wilgoć z oczu.
Szot patrzył wzruszony i uśmiechał się rzewnie.
— Nie dam cię, nie dam cię, maleńka! — szepnął gorąco pan Olszowski.
W tej chwili spojrzał zalękły w stronę drzwi. Obaj zaczęli nasłuchiwać.
Na schodach słychać było jakiś niezwykły tumult159 i rejwach160. Najpierw zagrzmiał wielki głos Walentowej jak ryk gadającej basem armaty. Odpowiedziały mu trzy inne, cokolwiek cieńsze wprawdzie, lecz szybkostrzelne. Początkowo brzmiały z osobna, potem związały się razem i splątały w nieharmonijny chór. Znowu ochrypły bas przykrył je i stłumił, jakby ktoś na tryskającą licznymi strugami fontannę położył ciężki kamień, lecz napór głosów był tak silny, że solo161 dzielnej pani Walentowej zaczęło chwiać się, słabnąć i konać jak zamierające echo. Zgiełk nie ustawał. Musiano tam na schodach grozić sobie zadawaniem mąk i gwałtowną śmiercią, trudno bowiem było przypuścić, że w ten namiętny sposób rozmawiano o pogodzie.
— Przyszli! — jęknął Olszowski.