— Czy pan myśli się bronić? — zapytał Szot gorączkowo.

— A co? Będę się bronił! — krzyknął Olszowski. — To przecież napad!

— Ja nie śmiem radzić, panie autorze, ale może będzie lepiej, jeśli się wszystko odbędzie bez głośnej awantury. Skandal panu nie pomoże, a drogą traktatów163 może da się cokolwiek uzyskać. O, dzwonek!...

Chwycił Basię i znikł za drzwiami. Kibic wahał się przez chwilę, czy szukać zaczepki z tym kimś na zewnątrz czy wziąć udział w ucieczce swojej pani. Drzwi jednak już się za nią zamknęły, a nikt nie pomyślał o ich otwarciu; wobec tego zawył przeciągle, rozdzierająco cienkim skowytem, pełnym niewysłowionej żałości i poczucia krzywdy. Głos ten musiał przyprawić o gniew wrogą armię, czekającą za drzwiami na ich otwarcie. Jak nieprzyjaciel, nie otrzymawszy odpowiedzi na wezwanie do poddania twierdzy, zaczyna taranami164 szturmować165 jej bramy, tak poczynali sobie też najeźdźcy. Ponieważ było mało prawdopodobne, aby przywlekli ze sobą tarany i wieże oblężnicze166, należało przypuścić, że hetman167 ich tłucze o drzwi pięściami, odgłosy bowiem były dudniące.

Michałek zerknął w rozpaczy na swego pana, a ten spojrzał bladym wzrokiem na chłopaka.

— Rozbiją drzwi! — szepnął Michałek ze zgrozą. — Niech pan krzyknie, aby poszły precz!

Pan Olszowski, zrozumiawszy, że Szot miał wiele słuszności, doradzając unikanie głośnej awantury, myślał przez chwilę, a potem rozkazał z rezygnacją:

— Otwórz, Michałku!

Chłopak, jak wierny żołnierz, dzielący nieszczęsny los dowódcy, podszedł ze spuszczoną głową spełnić rozkaz.

Przez otwartą bramę twierdzy wtargnęła burza: na czele dreptała szybkimi kroczkami babka, wódz zastępu. „Z racji wieku i urzędu ten zaszczyt jej się należy”. Za nią maszerowała twardym krokiem pani Budziszowa. Mówiono kiedyś, że „Trawa nie porośnie tam, gdzie uderzył kopytem koń tatarski”168. Gdyby na posadzce mogła wyróść trawa, marny byłby jej los po przejściu pani Budziszowej. Panna Stanisława szła w straży tylnej — najcichsza ze wszystkich i jakby zalękniona.