Olszowski stał na środku pokoju, na oko spokojny, lecz z burzą w sercu. Był blady i dość ciężko oddychał. Jako człowiek wytworny nawet wobec wroga, pochylił głowę w ukłonie i rzekł głosem wprawdzie mało serdecznym, lecz pełnym szacunku:

— Witam panie! Chociaż jestem zdziwiony...

— Ładnie nas pan wita — rzekła babka z przekąsem. — Najpierw jakaś koszmarna czarownica napada nas w bramie z miotłą w ręku, potem każą nam czekać przy drzwiach, a teraz namówił pan tego kundla, by wył.

— Michałku, zabierz psa! — zawołał Olszowski. — Czym mogę paniom służyć? Nie ukrywam, że jestem nieco zdziwiony tą nagłą wizytą.

—Tere-fere! — krzyknęła Budziszowa. — Konfitury pięknych słówek może pan sobie darować. Mów pan prędko: gdzie jest dziecko? Gdzie jest Basia?

— Basia jest u mnie — rzekł twardo Olszowski. — I pozostanie u mnie!

Doktorowa chciała krzyknąć, ale ją „zatkało”. Podniosła jedynie obie ręce w górę na znak przeraźliwego oburzenia i spojrzała na babkę. Pani Tańska przyglądała się przez długą chwilę Olszowskiemu i rzekła spokojnie:

— O tym dopiero pogadamy, ale na siedząco. Chyba pozwoli pan usiąść starej babinie, skoro nie udało się panu zgładzić jej przy pomocy tej czarownicy z miotłą?

Olszowski czym prędzej podsunął jej krzesło i szerokim gestem zaprosił resztę armii do zajęcia miejsca. Panna Stanisława usiadła, doktorowa wolała pozostać w stojącej gotowości do boju.

— Dlaczego pan chce zatrzymać dziecko? — zapytała pani Tańska.