— Bo je kocham! — odrzekł gwałtownie znakomity pisarz.
— Kocha je pan? To bardzo ładnie... Nie każdy mężczyzna jest potworem, czasem zdarzy się taki jak pan. Cóż z tego jednak? Dziecko dostało się do pana przez pomyłkę...
— Nic o tym nie wiem. Proszę szanownej pani... Oto tu jest kartka...
— Ja ją pisałam! — zawołała Budziszowa, odzyskawszy głos.
— Być może, lecz na tej kartce można odczytać wyraźnie mój adres!
— Niech pan nie udaje głupiego — mówiła doktorowa. — I pan wie, i my wiemy, w jaki sposób nazwisko „Olszańska” zostało przerobione na „Olszowskiego”. Niech pani babcia zwróci temu panu uwagę...
— Ja zwracam panu uwagę — rzekła babcia — że jeżeli ten kundel nie przestanie wyć za drzwiami, to się stanie nieszczęście. Poza tym myślę, że pan jest rozumnym człowiekiem. Podobno pisze pan książki. Wprawdzie żadnej z nich nie czytałam, bo ja mam siedemdziesiąt lat i tych waszych nowoczesnych hokus-pokus nie rozumiem, ale przypuszczam, że do napisania najgłupszej książki trzeba mieć odrobinę oleju w głowie. Moja wnuczka — mówiła, wskazując laską pannę Stanisławę — opowiada, że pańskie książki są bardzo piękne.
— Ależ, babciu...
— Mówiłaś, więc się nie zapieraj. Wspominam o tym dlatego, że jeżeli ten pan potrafi pisać mądre książki, w takim razie będzie miał też dość rozumu, aby oddać dziecko, które do niego nie należy. Basia została powierzona mojej wnuczce.
Pan Olszowski spojrzał szybko na śliczną panienkę, która skinęła głową, aby stwierdzić, że najsłodszy miód prawdy spływa z ust jej babki.