— To dziecko — rzekła cicho panna Stanisława — jest dzieckiem mojej najwierniejszej przyjaciółki i jedynie ja mam obowiązek otoczenia go opieką. Niech pan nie czyni trudności... Jestem wzruszona pańskim przywiązaniem do Basi, sam pan jednak przyzna, że jako mężczyzna nie będzie pan umiał jej wychować...
— Nauczy ją palić cygara i pić wódkę! — wtrąciła ironicznie pani Budziszowa. — A gdy mu ta zabawa spowszednieje169, wyrzuci dziecko na mróz.
Olszowski spojrzał na nią chmurnie, ale czym prędzej zwrócił się do panny Stanisławy.
— Wychowanie tego dziecka powierzę mojej ciotce — rzekł spokojnie. — Może pani być pewna, że Basi nigdzie nie będzie lepiej niż u mnie.
Pani Tańska uderzyła laską o podłogę.
— Więc pan dziecka nie odda?
— Nie mogę, szanowna pani.
— Tak?! — krzyknęła doktorowa. I nabrawszy w płuca powietrza, wydała z siebie głos donośny i potężny:
— Basiu! Basiu! Chodź tutaj! Ciocia przyszła!
Odpowiedział jej pisk za drzwiami. Zanim Szot, nasłuchujący odgłosów burzy, zdołał powstrzymać dziewczynkę, Basia pchnęła drzwi i stanęła w nich, mocno zaciekawiona.