— Jest, jest! — wołała doktorowa i wyciągnęła ku niej ręce. — O Basieńko!
Czy głos pani Budziszowej był zbyt donośny i gruby, czy też obecność nieznanych osób przestraszyła dziecko — tego dojść niepodobna. Dość, że Basia pędem podbiegła do Olszowskiego i schroniła się w jego ramionach.
— Oto jest odpowiedź Basi! — zawołał Olszowski triumfalnie.
— Nie poznajesz mnie, dziecinko? — zapytała najsłodszym głosem Budziszowa. — To ja, ciocia!
Basia spojrzała kącikiem ocząt, nie zdoławszy zaś odszukać w pamięci wizerunku tej dziwnej pani, objęła rączką szyję swojego obrońcy i przytuliła twarz do jego twarzy.
— Otumanił niewinne dziecko — rzekła doktorowa z rozpaczą. — Nie ma innej rady, proszę pani babci, tylko trzeba iść po policję.
Babka nie odpowiadała, patrząc z tajemniczą zadumą na tego miłego pana i na śliczne dziecko, serdecznie się do niego tulące.
— Czymże pan ją karmi? — zapytała ku powszechnemu zdumieniu.
Olszowski spojrzał na panią Tańską życzliwie i szybko zaczął wymieniać przedziwne nazwy potraw.
— Za wiele słodyczy, ale na ogół dobrze — oświadczyła babka.