— Kupiłem sobie podręcznik o karmieniu dzieci! — zawołał Olszowski. — Zresztą Walentowa...
— To ta z miotłą? Rozumiem... Ale na dłuższą metę wychowanie będzie chodziło obłąkanymi drogami. Któregoś dnia ta dama z miotłą nakarmi dziecko baraniną w kapuście i trzeba będzie wołać doktora. Niech pan pomyśli o tym, co będzie dalej.
— Mówiłem już... Moja ciotka...
— Czy to panna?
— Tak, proszę pani.
— A skądże panna może znać się na chowaniu dzieci?
— Jeśli jestem dobrze poinformowany, wnuczka szanownej pani też jest panną.
— Tak, ale ja jestem babką! Ja własnego tałatajstwa170 wychowałam siedmioro — zawołała pani Tańska. — Wychowam i tego bąka171.
Olszowski zrozumiał, że w łaskawym zainteresowaniu czcigodnej matrony172 mieści się wiele chytrości. Chciała go opleść pajęczyną i chwycić Basię jak muchę.
— Być może — rzekł posępnie. — Ale ja dziecka nie oddam.